02/09/10
Każdy ma ciekawą historię
Autor tekstu: Iwona D. Bartczak
Kiedy wiele lat temu po raz pierwszy pojechałam na Bornholm nie mogłam się nadziwić, z jakim pietyzmem i pomysłowością Duńczycy eksponowali każdą najmniejszą nawet ciekawostkę na tym skrawku ziemi na Bałtyku. Wyspa ma świetne ścieżki rowerowe, przyzwoite kempingi i niezłe plaże, ale tak naprawdę jest ubożuchna i w zabytki, i zjawiska przyrodnicze, i w ślady historii. Niemniej każdy nietypowy kamień i każda chatka z jakąś cechą – która, nie przyszłoby nam do głowy, że może mieć turystyczne znaczenie (typu najmniejsza w okolicy) – była czytelnie oznakowana, wymieniona w licznych ulotkach i przewodnikach, wskazana na tablicach informacyjnych, prowadziły obok niej szlaki rowerowe i piesze, niezliczone strzałki kierowały na miejsce, a wykrzykniki kusiły niezwykłą atrakcją. Na miejscu zwykle okazywało się, że to nic albo prawie nic nadzwyczajnego. Ale w trosce o własne samopoczucie dopisywaliśmy do tego jakieś znaczenie, opowieści, przypuszczenia, by jakoś uzasadnić taki cel wyprawy, wysiłek poszukiwania, przybycia i powrotu. I to działało. Wróciliśmy z Bornholmu bardzo zadowoleni, a nawet pojechaliśmy tam jeszcze raz. Doceniam to mistrzostwo robienia atmosfery czegoś interesującego z kompletnie niczego faktycznie.
Kiedy całkiem niedawno, może dwa lata temu, sięgnęłam po kryminały skandynawskie (szwedzkie, norweskie) i islandzkie przypomniały mi się tamte wrażenia i tamte przemyślenia. Surowy klimat, uboga przyroda, zamknięci praktyczni ludzie, potomkowie chłopów i rybaków. Czy tam może się zdarzyć porywająca namiętność i narodzić szaleństwo, czy tam można zabić z rozpaczy, czy tam może wyjść na jaw intrygująca historia rodzinna?
Może! Tam wszystko jest możliwe, tak jak możliwe jest w Brazylii, na Kubie, we Włoszech, w Hiszpanii, w Polsce czy w Rosji. Nie wiem, czy to z intelektualnego lenistwa wyobrażamy sobie, że wielka miłość może się zdarzyć w ojczyźnie Petrarki, wielka choroba duszy w Rosji, a wielka saga rodzinna to raczej w arystokratycznej Francji. A może tak sobie wyobrażamy, bo wielkie emocje pasują nam do cieplejszych klimatów, gdzie bujność i zmienność przyrody współgra z porywami serca lub rozumu a ludzie żyją bardziej na zewnątrz domostw, bardziej na widoku, bardziej też rozebrani? A może dobrze sobie wyobrażamy, a te kryminały wprowadzają nas błąd? Może to mistrzostwo autorów skandynawskich czy islandzkich sprawia, że potrafią wysnuć niesłychane opowieści z banalnych losów chłopów, rybaków, emigrantów, gospodyń domowych, stworzyć wciągającą plątaninę emocji, pragnień, pasji, uczuć, głębię niepojętą u swoich bohaterów, których – jeśli zobaczylibyśmy ich na oczy – wydaliby nam się zupełnie niepozorni, płytcy, banalni, nie wyróżniających się. Znowu z niczego specjalnego wielkie rzeczy?
Właśnie historie rodzinne sięgające dziesięcioleci, a czasem i setki lat wstecz, są jedną z najmocniejszych stron tego pisarstwa. Są prawie w każdym kryminale. Są świetnie skonstruowane i doskonale wpisane w intrygę kryminalną, ale myślę, że co innego mnie w nich najbardziej zadziwia. U wszystkich autorów powtarza się to samo zjawisko, więc musi być jakoś przypisane do tych społeczeństw. Otóż jest to dojmująca pewność piszących, że każde życie ma znaczenie, że każdy los jest tak samo wart uwagi, że każdy człowiek ma wartość. Po przeczytaniu iluś opowieści, w których losy ludzi prostych, niewykształconych, biednych, umysłowo ograniczonych na równi przewijają się z losami ludzi wykształconych, dobrze sytuowanych, mądrych uderza ta postawa wytwornej godności autorów, którzy nie zniżają się nigdy do nonszalancji wobec jakoś „gorszych”.
Jak byłam na Bornholmie, a także później podczas pierwszych wycieczek rowerowych po Szwecji czy Danii trochę zastanawiało mnie, że tamtejsi mieszkańcy po zbudowaniu nowych okazałych willi nie burzą starych drewnianych domów, utrzymują je, konserwują, nadają różne funkcje pomocnicze. Przecież te stare domy są świadectwem, że kiedyś oni i ich przodkowie byli biedni i prości! W Polsce, zwłaszcza Ludowej, ale i teraz, często ludzie, którzy się dorobili, awansowali, szybciutko pozbywają się dokumentów poprzedniej niższej pozycji społecznej, zacierają chłopskie czy robotnicze pochodzenie, zrywają kontakty z rodziną. Wstydzą się. Albo może uważają swój awans za tak kruchy, że skrzydło motyla może go zmieść. Albo może jest to awans tylko zewnętrzny: materialny czy zawodowy, któremu zabrakło dojrzałości emocjonalnej. Nie wiem.
Skandynawskie kryminały oduczają takiego wstydu, takiej ucieczki od siebie samego tylko trochę wcześniej. Każdy los, jeśli był na tym świecie, to znaczy, że był potrzebny. Każdy.
Te kryminały zachwyciły mnie również z wielu innych powodów. Moim zdaniem mogą być znakomitą szkołą przynajmniej w dwóch dziedzinach: demokracji i dziennikarstwa. Ale o tym kiedy indziej.
Wydrukuj




